Mimo braku czasu

Czytam. Może nie tak dużo jakbym chciała, ale czytam. A czasu trochę mało, bo dzidziol go wybitnie zapełnia. A nawet jak nie zapełnia, to jestem tak zmęczona, że zasypiam po paru stronach, a jakoś stosunek przerywany, zwłaszcza z książką, nie należy do moich ulubionych. Ale się nie poddaję. A że mam ograniczony dostęp do zbiorów w mojej pracowniczej bibliotece, bo kto mi będzie zamówione książki pocztą wysyłał? To sobie czytam te książki, które tak namiętnie gromadziłam przez 6 lat pracy, a które czekały na swoją kolej, czekały, aż się w końcu doczekały :)

W 2011 roku udało mi się przeczytać 33 książki. Nie jest źle, biorąc pod uwagę ciągłe zmiany miejsca zamieszkania, pobyt w szpitalu i potem 3-miesięczny okres przystosowawczy do bycia mamą. :) Listę przeczytanych przeze mnie książek można znaleźć TUTAJ :)   Jedne były dobre dobrane, inne mniej. Ale ogólnie nie narzekam, czasem trzeba przeczytać coś, co zupełnie nie jest w naszym guście, żeby się upewnić, czy na pewno nie jest ;) Bo a nuż coś się zmieniło? Wszak człek zmienia się co 7 lat. :)

Z ostatnich moich lektur, kiedy Kasia już była na świecie i o dziwo dała mi poczytać to:

Powrót nauczyciela tańca – Henninga Mankella

źródło

Bardzo przyjemny, sprawnie napisany kryminał. Zresztą Mankell nigdy mnie nie zawodzi. Co prawda zrezygnował z usług Kurta Wallandera, ale wprowadza nowego śledczego. Ciekawą postać, równie nieidealną, jak jego poprzednik, która musi się zmagać z ciężką chorobą, a jednak działa, pracuje na wysokich obrotach. Stefan Lindman próbuje rozwikłać zagadkę śmierci swojego kolegi z pracy, cichego, niewadzącego nikomu Herberta Molina. To, co odkryje podczas własnego śledztwa, zadziwi nawet jego samego. A w życiu tajemniczego Herberta trzeba będzie pogrzebać. Cofnąć się aż do czasów drugiej wojny światowej. Wtedy okaże się, czy grzeczny, cichy, tajemniczy policjant był naprawdę tak dobrym człowiekiem, czy jednak jego śmierć ma jakieś wytłumaczenie. Bo nikt o czystym sercu, nie zostałby zabity w tak brutalny sposób. Bardzo ciekawa lektura. :)

Potem na tapetę poszły dwie książki Moniki Szwai:

Zupa z ryby fugu

źródło

Czytałam już wcześniej kilka książek tej autorki, ale z tą męczyłam się wybitnie. Możliwe, że fakt iż świeżo zostałam matką, i że próbowałam ogarnąć jakoś swoje życie, miał tu jakieś znaczenie, ale za grosz nie potrafiłam zainteresować się książką na dłużej. Czytałam ją z musu. Bo nie lubię porzucać książek. A historia jakich pełno w realnym życiu. Młode małżeństwo bardzo chce mieć dziecko. Ale nie sami z siebie chcą tego dziecka. Nawet chyba za bardzo się nie zastanawialiby nad tym, czy chcą zostać rodzicami, gdyby nie chore ambicje mamusi męża, która uważała, że jej potomek koniecznie musi mieć dziedzica. Z presji zrodziła się frustracja. Kolejne nieudane próby in vitro wpędzały młodą kobietę w coraz większą depresję i szaleństwo. Aż w końcu wpadła na pomysł, że wynajmie surogatką. A to nie jest takie łatwe w Polsce, ani nie jest takie łatwe dla wynajętej kobiety. Urodzić dziecko i oddać je innym ludziom. Cóż… Jakie były perypetie tego małżeństwa możecie się dowiedzieć z kart książki. Dla mnie mocno niestrawna, podobnie jak tytułowa zupa.

Natomiast druga książka – Powtórka z morderstwa

źródło

bardzo bardzo do rzeczy. I zabawna i z akcją. Rzecz dzieje się w regionalnym odłamie telewizji, którym rządzi bardzo nieprzyjemna pani dyrektor. Do tego stopnia nieprzyjemna, że ktoś postanawia ją usunąć raz na zawsze z tego łez padołu. Oczywiście jest wielu podejrzanych, sprawę prowadzi wielce przyjemny pan komisarz, który wpadł w oko jednej z redaktorek, pragnącej za wszelką cenę służyć pomocą przy rozwiązaniu zagadki śmierci pani dyrektor. Jak się możecie domyślić, wiele w tej historii zabawnych pomyłek, wiele intryg i miłostek. Ale to czyni z tej powieści dobrą lekturę na lato. :)

A później trafiłam na kontynuację historii Percy ParkerWalka Światła i Mroku i Percy Parker

źródło

Jak bardzo ten gatunek nie jest w moim guście, tak bardzo uważam, że ta książka jest genialna. Lekkie pióro, przepięknie opisany mroczny Londyn, wspaniałe przygody, odwołania do mitów, intryga, niebezpieczeństwo, wielka miłość ponad podziałami, ponad śmiercią, do tego ciekawa historia młodej dziewczyny, której przyszło się zmierzyć z własnym przeznaczeniem. Jak się okazało, przeznaczono jej rolę bogini, wybawicielki świata ludzi spod władzy pana Mroku. Może to wszystko brzmi naiwnie, ale czyta się z zapartym tchem. Nowa powieść Leanny Hieber to dowód na to, że kontynuacja losów głównych bohaterów może być napisana równie świetnie, co pierwsza część, jeśli nawet nie lepiej. Cudowna powieść.

A w końcu porwałam się z motyką na słońce, czyli z bardzo małą ilością czas wolnego na bardzo grubą książkę. I myślałam, że będę ją czyyyyytać i czyyyytać i czyyyytać, a tu szast-prast i ponad 800 stron strzeliło nawet nie wiem, kiedy. Ale nic dziwnego, skoro “Władcę Barcelony” Chufo Llorensa przeczytałam równie szybko. Bardzo przypadły mi do gustu powieści historyczne z dobrze naszkicowaną epoką, z ciekawym wątkiem, z mnóstwem intryg, z ciekawie zarysowanymi postaciami. I wszystkie te cechy znalazłam w nowej powieści tegoż autora, w Uciekinierce z San Benito.

 źródło

Jest to historia dziewczyny, która miała nieszczęście przyjść na świat w rodzinie zubożałego szlachcica jako kolejna z córek, odbierając tym samym szlachcicowi szansę na posiadanie potomka płci męskiej. Siostra szlachcica, a zarazem matka przełożona w Klasztorze św. Benedykta wpadła na genialny pomysł,aby podmienić córkę brata na przypadkowego chłopca urodzonego tego samego dnia w klasztorze. I tak brat zyskał dziedzica, a Catalina, bo tak miała na imię dziewczynka, trafiła pod opiekę własnej ciotki do klasztoru i w przyszłości miała zasilić szeregi sióstr w tymże zakonie. Pech chciał, że szlachci podpadł Świętej Inkwizycji, a Catalina ani myślała zostać zakonnicą. Na dodatek jedna z podwładnych matki przełożonej zapałała chęcią przejęcia jej stanowiska, a co za tym idzie pomogła matce przełożonej szybciej przenieść się na łono Abrahama. O tę śmierć oskarżono Catalinę. Dziewczyna ucieka z klasztoru. Od tej chwili jej losy to jedna wielka gonitwa, maskarada, niebezpieczeństwo. Czy Catalina pozna swoje prawdziwe pochodzenie? Czy zwycięży Świętą Inkwizycję? Czy znajdzie spokój i miłość, której tak pragnie? Książkę czyta się bardzo dobrze, zatem zachęcam do poszukania odpowiedzi na te pytania, właśnie na stronach powieści. :)

A potem zabrałam się za małą powiastkę o bardzo prostym tytule “Siostry”. Jest to luźna opowiastka, wariacja na temat wampiryzmu, a stworzył ją Federico Andahazi. Może nie jest to jakieś wybitne dzieło, ale czyta się ją dobrze. I w zasadzie ma wszystko, co potrzebne jest do tego, by uznać, że książka jest ciekawa.

 źródło

W powieści tej poznajemy sekretarza George`a Byrona, człowieka zakompleksionego, żądnego sławy, prestiżu, wiecznej pamięci. Pewnego dnia dostaje on list od siostry słynnych aktorek Bebette i Colette. Panny Legrand są znane z tego, że nikomu nie przepuszczą. Nawet w podeszłym wieku starają się wodzić mężczyzn na pokuszenie. Natomiast o ich siostrze, Anette, nikt nie słyszał. Urodziła się jako trzecia. Dwie pierwsze urodziwe, ona potworna. Dwie pierwsze próżne i głupie, ona inteligentna. Wszystkie do życia potrzebują męskiego płynu ustrojowego, spermy. Anette składa sekretarzowi bardzo ciekawą propozycję. W zamian za życiodajny płyn uczyni go nieśmiertelnym… Czy sekretarz się na to zgodzi?

Następna w kolejności była historia kryminalna – Włamywacz w garderobie.

  źródło

Historia pechowego włamywacza,któremu dentysta zlecił obrobienie byłej żony. Po rozwodzie żona dentysty zabrała mu cały majątek, dentysta wkurzony tym faktem, poprosił Berniego, by ten pozbawił żonę paru świecidełek. Cóż, pech chciał, że owa żona podpadła nie tylko byłemu mężowi. I w chwili, gdy Bernie obrabiał jej dom, została zamordowana przez kogoś trzeciego. Obcego. Bernie niestety nie widział mordercy, bo parę chwil wcześniej schował się w garderobie, a owa żona zwyczajnie go tam zamknęła, w sumie nie wiedząc o jego istnieniu. Całkiem, całkiem miłe czytadło, nieco zwariowane.

Nooo i w końcu Księga bez tytułu doczekała się swoich pięciu minut. Ale przyznam, że kto popełnił tę powieść, bo się do tego nie przyznał Anonim jeden!, musiał mieć nieźle wypaczoną psychikę przez filmy typu Pulp Fiction czy opowiastki o wampirach.

 źródło

Nie żebym się nudziła, czytając tę książkę. Nudzić się raczej nie dało. I doceniam pomieszanie gatunków. I doceniam pastisz i aluzje do wytworów popkultury. I czytało się szybko, nawet z niejakim zaciekawieniem. Tylko oczy puchły od nadmiaru wulgaryzmów i okrucieństwa. W miasteczku zapomnianym przez Boga, Santa Mondega można spotkać wszystkie podejrzane szumowiny, które zawzięcie szukają Oka księżyca. Kamienia mającego dać posiadaczowi nadprzyrodzone zdolności i nieśmiertelność. Zabijaki, wampiry, wilkołaki, policjanci, mnisi uganiają się za tym kamieniem, mordując dookoła wszystko i wszystkich. Kto jest przyjacielem, a kto wrogiem? Ciężko ocenić w mieście żywych trupów. Najlepiej będzie w ogóle się nie pchać w tamte rejony. A jak ktoś już zbłądził, niech zabiera nogi za pas i zmiata, bo długo nie pożyje.

Przeczytałam tę powieść szybko i z zaciekawieniem, ale przyznam, że to w ogóle nie jest moja bajka. Teraz kończę czytać drugą część “Oko księżyca” i już wiem, że jeśli powstanie kiedyś kolejna, raczej nie mam w planach czytania jej. Wystarczą mi te dwie.

A w międzyczasie przeczytałam jeszcze dwie powieści. Pierwsza to “Błękitne kręgi” Freda Vargasa.

 źródło

Muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak przyjemnie poprowadzonej intrygi kryminalnej. Nawet przydługie rozmyślania, oniryczne wspomnienia nowego komisarza paryskiej policji nie zakłócają przebiegu zdarzeń i odbioru książki. W Paryżu ktoś maluje błękitne kręgi. Początkowo ludzie traktują to jak niegroźną manię, hobby. Do czasu, kiedy w jednym z kręgów odnajdują zwłoki. A to dopiero początek góry lodowej. Nikt nie potrafi zrozumieć motywów działania mordercy i malarza. Nikt nie wie nawet czy to jedna i ta sama postać. Dlatego przed komisarzem ciężkie zadanie, a jak sobie z nim poradzi, proponuję doczytać na stronach powieści.

Druga powieść “Młody samuraj : krąg ziemi”, chyba najlepsza (poza historią Percy Parker i Uciekinierka z San Benito), którą przeczytałam pomiędzy dwoma anonimowymi dziełkami, to kolejna z odsłon życia Jacka Fletchera. Angielskiego rozbitka, którego poznaliśmy już w trzech powieściach Chrisa Bradforda (Młody Samuraj : Droga Wojownika, Droga Miecza oraz Droga Smoka). Teraz autor przedstawia nam dalsze losy chłopca, który po rewolucji w Japonii i buncie wśród szogunów, stracił przyjaciół w czasie krwawych walk. Który został zmuszony do opuszczenia Japonii, jako cudzoziemiec i chrześcijanin. Ale to opuszczenie obecnie nieprzyjaznego kraju nie będzie wcale łatwe. Zwłaszcza, że Jack ma coś, na czym zależy wielu możnym tego świata. Router ojca, a w nim wszystkie szlaki morskie. Kto je pozna, będzie rządził światem handlu morskiego. Nie ma już samurajów, którzy stanęliby po jego stronie. Są za to wrogowie chrześcijan oraz ninja. I gdzie ma się schronić biedny Jack?

W czasie ucieczki wpada w pułapkę, zastawioną przez małego chłopca. Wtedy sposób Jack poznał swoich największych wrogów, ninja. Okazało się, że ów chłopiec należy do jednego z klanów ninja. Mimo obopólnej niechęci i braku zaufania Jack zostaje przyjęty do klanu, którego mistrz postanowił nauczyć go, jak przetrwać w niebezpiecznej Japonii . Jack poznaje swoich wrogów, ale czy na pewno wrogów? Nie wszystko jest biało-czarne. Jack przekonuje się, że dawni wrogowie, to jego przyjaciele. Czy będzie umiał wykorzystać nową wiedzę i przyjaźń oferowaną przez ninja? Gwarantuję, że z przyjemnością poznacie odpowiedź na to pytanie. A dodatkowo pięknie opisana Japonia, jej tradycje, tajemna nauka sztuki walki ninja tylko wzbogaca i podnosi walory powieści Chrisa Bradforda. Polecam :)

źródło

No to już koniec mojej wędrówki przez literaturę, jaką ostatnio się zaczytywałam. Może coś wam przypadnie do gustu? :)

Niemoc “twórcza” ?

Na to wygląda, bo jakoś ciężko mi się ostatnio zmusić, by napisać cokolwiek. A przecież życie płynie, czas pędzi jak szalony. Co chwilę dzieje się coś nowego. I zwyczajnie brak mi zapału, by to opisywać. A brak zapału idzie z brakiem siły i ostatnio większość czasu spędzam na chorobowym. Taaa… Dziś drugi dzień w pracy. Jestem dzielna. Pytanie, jak długo? :) Ale może jakoś się rozkręcę.

A co się wydarzyło do tej pory?

Przed wyjazdem do Izraela, byłam na przesympatycznym koncercie Macieja Balcara i zespołu Nie-Bo. Bardzo miło spędzony czas przy świetnej muzyce, przyjemnej zabawie. Mimo że znałam może ze 3-4 piosenki i tak bawiłam się dobrze. Szczególnie miło wspominam piosneczkę “Czarno”

Potem ominęły mnie dwa koncerty (Proletaryat i Renata Przemyk). Ale za to miałam niesamowitą przyjemność pozwiedzać rejony, w których mnie wcześniej nie było, i do których pewnie nieprędko wrócę, jeśli w ogóle wrócę. Ale relację z tego wyjazdu już tu zamieszczałam.

A później zdarzyły się nam dwa wyjścia do kina na “Czarnego Łabędzia” i na “Salę samobójców”. I “przydarzyły” się przyjemne książki do przeczytania: “Antykwariusz” (zaczynam pomału czytać prezenty od Mikołaja) i “Polowanie na Perpetuę” i jeszcze “Król mroku” oraz “Krucha wieczność”. I nie wiem, czy opisywać wrażenia? Czy może jednak tylko odznaczyć, że były i skupić się na teraźniejszości? Bo z jednej strony wrażeń mam caaaaałe mnóstwo! A z drugiej jakoś nieszczególnie mam chęć na wracanie do przeszłości. Zresztą ciężko jest opisywać filmy, czy książki po dłuższym czasie od przeczytania. Raz, że nie wszystko się pamięta. A dwa – najlepiej jest pisać zaraz po danym wydarzeniu, bo wtedy te emocje, przemyślenia jeszcze w nas siedzą.

Może tak króciutko, a i to nie o wszystkim.

“Czarny Łabędź” - film dla mnie genialny. Już dawno jakiś obraz nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia. Niby film o balecie. Nuuuuda. Gdzie tam akcja!? Gdzie jakieś napięcie? A tu proszę! Wspaniałe studium psychologiczne osoby chorej z ambicji. Osoby tak pragnącej zagrać wymarzoną rolę, a jednocześnie bojącej się, że nie podoła stawianym jej wymaganiom, że popada w obsesję, w obłęd. Walka z samą sobą. Walka, z czyhającymi na jej rolę, koleżankami. Walka z rolą. Tak obsesyjnie utożsamiała się z postacią, którą miała zagrać, że gdzieś po drodze zatraciła siebie i zdolność trzeźwego postrzegania rzeczywistości. To zaś prowadzi do tragedii. Film trzyma w napięciu, jak najlepszy thriller. I nie dziwię się, że Natalie Portman dostała za tę kreację najwyższą nagrodę filmową. Wspaniale odegrała ból istnienia i ból bycia artystką, a może chęć bycia najlepszą, docenianą artystką. Warto zobaczyć. Polecam.

“Sala samobójców” nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak “Czarny Łabędź”, ale film sam w sobie głupi nie jest. Na pewno jest bardzo dobrze nakręcony. Świetne połączenie “reala” ze światem wirtualnym. Niezłe role młodych polskich aktorów, bardzo dobra grafika komputerowa. Fabuła filmu też dająca wiele do myślenia. Pytanie tylko, czy większość z obecnych na sali młodych ludzi, zrozumiała cokolwiek z tego obrazu? Czy zrozumieli, że internet robi im siano z mózgu? Czy zrozumieli, jak łatwo jest zniszczyć komuś życie, umieszczając w necie kompromitujące go filmy, zdjęcia, wyznania? Czy zrozumieli, że można kogoś tak mocno wciągnąć w świat wirtualny, że na rzeczywisty nie starczy mu ani czasu, ani życia? Myślę, że to dobry polski film, który może wielu ludziom otworzy oczy. Pytanie tylko na co otworzy im te oczy? Na prawdę? Czy na nowe sposoby dręczenia innych?Warto zobaczyć.

Co do książek tu moja pamięć jest jeszcze bardziej zawodna. Za dużo czytam. Zbyt wiele się dzieje i nie wszystko pamiętam.

“Król Mroku” i “Krucha Wieczność” Melissy Marr to kontynuacje “Królowej Lata”, o której chyba pisałam na blogu. Bardzo przyjemne w odbiorze książki o świecie wróżek. O ich problemach, o próbach przystosowania się do życia. To dalsze losy Ash i jej przyjaciół. Poznajemy również nowe postaci. Na dworze wróżek wiele się zmieni, od chwili, gdy władzę na nim przejęła Ash z synem Królowej Zimy. Wiele zmian czeka również pozostałe dwory: Królowej Zimy i Króla mroku. Sprawnie napisane powieści. Wciągające. Jestem mile nimi zaskoczona, bo przecież nie przepadam za literaturą fantastyczną. A tu proszę jaka niespodzianka. Przeczytałam je nad wyraz szybko. I miłośnikom tejże literatury polecam .:)

“Polowanie na Perpetuę” leżało u mnie chyba już dwa lata. Ciężko było mi zabrać się za tę książeczkę. A tymczasem okazało się, że to całkiem przyjemna lektura na podróż pociągiem. Powieść polska z gatunku ni to obyczajowych ni to kryminalnych ni to romansideł. W sam raz na podróż lub na zimowe przesilenie, gdzie mało się człowiekowi chce, ale jednak coś. Czyli kiedy coś by przeczytał, ale nie bardzo ma ochotę skupiać się mocno na lekturze i poddawać ją analizie. :) Pewna młoda kobieta popada w tarapaty. Wydaje jej się, że mąż ją zdradza. Nie panuje nad dziećmi. Dodatkowo pod opiekę dostaje pupilkę teściowej, pekińczyka, Księżniczkę. A teściowa mało przyjazna jest. Żeby było mało, przyjaciółka na siłę stara się pomóc jej w kryzysie małżeńskim, zaś brat głuchy na sprzeciwy, funduje jej niezapomniane doznania związane z aferą kryminalną. Brat jest księdzem. Słowem, w książce wszystko stoi na głowie. Ale pewnie dlatego tak dobrze się ją czytało. I tak szybko. :)

“Antykwariusz” zaś to książka dla czytelników lubiących zagadki, historię i magię Barcelony. Wspaniale przedstawione miasto, z jego uliczkami, katedrami, budynkami. “Antykwariusz” to historia zagadkowej śmierci tytułowego bohatera, który po odnalezieniu tajemniczego rękopisu, poznaje historię Kamienia Bożego, świętego dla Żydów przedmiotu kultu. Niestety zdobyta wiedza nie jest dla niego szczęściem. Traci życie. Przed śmiercią jednak przekazuje przybranemu synowi w liście istotną informację, przez którą chłopak wpada w poważne tarapaty. Czy uda mu się odnaleźć zabójców ojca? Czy poradzi sobie z wiedzą, jaką zyska? Książka napisana bardzo ładnym językiem. Czyta się ją z prawdziwą przyjemnością. Może również dlatego, że tak pięknie opowiada o Barcelonie. Polecam.

A teraz czytam aż dwie książki: “Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze” oraz “Ja, czyli 66 moich miłości” Bartosza Żurawieckiego. Obie – cudne! :D

Jak już pisałam chorobowe się skończyło – wróciłam do pracy. Przez ostatni miesiąc wydałam na lekarza prawie 600 zł. Taaaa… Połowa mojej pensji. Ale cóż, zachciało się leczyć, trzeba ponieść koszty. :) Na razie jest wszystko ok. Chyba. Troszkę sił brakuje, ale widać taki urok. Dawno już mnie tak nie pokłuto, ale przy okazji znalazłam miejsce, gdzie pani wie, jak pobierać krew. Obym nie chwaliła dnia przed zachodem słońca – bo jeszcze się do niej nachodzę. :) I wiem, jaką mam grupę krwiiiii (chwalę się-choć to żaden powód do chwały, mam 31 lat czas najwyższy, żebym poznała swoją grupę krwi). I ogólnie dużo się dzieje. Choć chyba jeszcze nie ma, o czym pisać. Ale już za parę dni może się wyjaśni. A na razie koniec relacji, czas wracać do pracy. :)

Ps. A no i mój Ojczulek miał urodziny. To też ważne wydarzenie. :) Najlepszego! :D

Dwa światy – dwie rzeczywistości

“Marinę” Carlosa Ruiza Zafona dostałam już jakiś czas temu od mojego Lubego. (Tak, książki to jest na pewno coś, na co pieniędzy szczędzić nie będziemy. Pytanie, jak znaleźć na nie wszystkie miejsce na 30-paru m kw.?). Widzę, że coraz częściej książki muszą czekać na swoją kolej, by dostąpić zaszczytu przeczytania przeze mnie. ;) Ale doprawdy coraz mniej mam tego czasu, zaś coraz więcej ciekawych powieści wypuszczanych jest na rynek czytelniczy. Cóż, nie da się ogarnąć tego wszystkiego. W końcu nie czytam na akord, a dla przyjemności.

Zatem “Marina” czekała z pół roku. Ale się doczekała. Przeczytałam. Ba! Pochłonęłam ją (znów) w czasie drogi od Lubego do domu. O “Marinie” czytałam wiele recenzji. Że dobra, że warto, że równie ciekawa, jak dwie wcześniej wydane, że bardziej mroczna, że słabsza, że autor coraz bardziej pogrąża się w mroku i odnosi się do coraz ciemniejszych stron ludzkiej natury. Wiadomo, ile ludzi – tyle zdań. Ale wydaje mi się, że jedną rzecz trzeba wyjaśnić na wstępie.

“Marina” nie jest ostatnią powieścią Carlosa Ruiza Zafona. Ostatnią w dorobku literackim. Jest ostatnią WYDANĄ w Polsce, ale nie ostatnią w kolejności ich powstawania. Niestety, na naszym rynku wydawniczym już tak jest, że książki poczytnych autorów nie są wydawane w porządku chronologicznym. Między innymi dlatego, że nie wszystkie książki nawet najbardziej wybitnych/popularnych autorów są warte tego, by je wydawać i czytać. Może jest to nieco okrutne stwierdzenie, ale z punktu widzenia wydawców, z ekonomicznego punktu widzenia, nie na wszystkich z tych powieści dałoby się zarobić. A skoro tak, to nie warto w nie inwestować. Dlatego, jeśli na świecie jakiś pisarz zaczyna cieszyć się sławą, a jego powieść pociąga za sobą dochody w milionach, to istnieje szansa, że i w naszym kraju się na niej zarobi. I wydaje się taką powieść. W ten sposób doczekaliśmy się polskiego wydania “Cienia wiatru”, następnie “Gry anioła” – bo skoro “Cień wiatru” dobrze się sprzedał, to i “Gra anioła” powinna przynieść równie wielkie zyski. Myślę, że takie jest podejście wydawców. A potem – jeśli autor chwilowo nie tworzy nowych powieści – wydawcy sięgają po ich starsze utwory, licząc że może są tak samo dobre lub że popłyną na fali popularności wcześniej wydanych bestsellerów.

Carlos Ruiz Zafon na samym początku swojej literackiej kariery pisał książki dla dzieci i młodzieży. “Marina” jest niejako powieścią przejściową. Ostatnią dla młodzieży, pierwszą dla dorosłych. Szczerze pisząc z racji obrazów, jakie można znaleźć w tej książce, dwa razy bym się zastanowiła, czy dałabym ją do przeczytania młodzieży, bo dziecku nie dałabym jej do czytania na pewno. Koszmary to pierwsze co mogłoby je spotkać po lekturze tej powieści. Ale żeby nie było! Książka podobała mi się bardzo. Nie mam do niej żadnych zastrzeżeń. Może tylko takie, że jest za krótka. He he.

Sam autor w słowie wstępnym pisze o swoim stosunku do tej właśnie powieści, że jest mu najbliższa, może nie tak wybitna, może nie tak znana, ale najważniejsza dla niego, bo od niej właśnie zaczyna się jego “dorosłe” pisarstwo. “Marina” jest niejako pożegnaniem z dotychczasowym czytelnikiem, pożegnaniem ze światem dziecka, a nieśmiałym pukaniem do świata dorosłych. Jest też pożegnaniem z beztroską, z Barceloną lat młodzieńczych, a przywitaniem świata złożonego z wyborów, świata pełnego obaw, trosk. Dwoistość jest wręcz cechą charakterystyczną dla tej powieści Zafona.

Młody narrator opowiada o swoich przygodach z perspektywy dorosłego człowieka. Opowiada o Barcelonie starych rodzin i domostw, Barcelonie minionej epoki, staroświeckiej, tajemniczej, rodem z powieści o Frankensteinie, mrocznej. A zestawia z tym niepokojącym obrazem miasta zdobycze świata techniki, przemysłu, nauki. Opowiada o powolnej przemianie, powolnym przemijaniu świata dorożek, szlachetnych rodów, bogactwa i dostojności. Powolnym, a jednak tak niespodziewanym i szybkim, często nie do pojęcia dla przedstawicieli tychże rodów. Pokazuje smutek i żal za minioną epoką. Pokazuje ludzi, którzy godzą się na te przemiany, bo muszą. Ale już nie żyją, a dogorywają na zgliszczach świetności miasta. Niektórzy z minionej epoki nie godzą się z postępem. Popadają w obłęd. Starają się za wszelką cenę zachować swój czas, swój świat “przy życiu”, jednocześnie zazdrośnie strzegą go, by ów świat nie był wystawiony na publiczny widok jak eksponat w muzeum. Walczą, choć wiedzą, że ich starania z góry skazane są na klęskę. Sami do niej dążą. Do destrukcji. Zaś naprzeciw staremu wychodzi młode. Poznaje. Dziwi się. Chce ocalić od zapomnienia. A potem zdaje sobie sprawę, że stary świat już nie wróci, że trzeba pozwolić mu odejść. Godnie pożegnać.

“Marina” – powieść o przemijaniu, o pożegnaniach. Ale także pełna mrocznych tajemnic przygoda. Młody chłopak poznaje dziewczynę ze starego domu i świata, tytułową bohaterkę. Zauroczony nią, jej środowiskiem wplątuje się w niewiarygodną historię, w której roi się od demonów – nie tylko przeszłości, ale i demonów w dosłownym tego słowa znaczeniu. Dodatkowo w Barcelonie “trup ściele się gęsto”. Można by pomyśleć, że to ów młody człowiek przyciąga do siebie zło, sieje zniszczenie. Ale on sam, jak również Marina, nie jest bezpieczny w mieście nękanym przez szaleńca. Czy uda im się przeżyć i rozwiązać tę koszmarną zagadkę? Odsyłam na karty powieści. Warto.

« Starsze wpisy

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.