Kłopoty to ja

Ja to chyba sama z siebie przyciągam nieporozumienia. No dziś to już mi tak ciśnienie podnieśli, że miałam ochotę zatłuc tego konsultanta, który mnie na wizytę umawiał. Wiem, że jestem dość kłopotliwą pacjentką, bo jak dzwonię, to od razu załatwiam wszystko hurtem i wizyty u poszczególnych lekarzy i badania. Zawsze te wizyty są w jednej placówce, ale czasem się zdarza, że w różnych jej filiach, bo tu można do diabetologa, tam zrobić to właśnie konkretne badanie, a jeszcze w innej filii inni lekarze. Ja się w tym łapię, ale widać konsultanci nieszczególnie. A już ta cała Medica to tak mi na nerwy działa, że mam ochotę ich wysadzić w kosmos. Nie, no narzekać nie mam co. Gdyby nie to ubezpieczenie u Rafała, to na wizyty czekałabym po parę miesięcy, za badania musiałabym płacić. Tak wszystko mam za darmo. Ale… Żeby się dodzwonić… Trzeba mieć nerwy ze stali. Próbowałam przez ich formularze internetowo, ale przeważnie miałam tyle do załatwienia, że wolałam jednak zadzwonić i wytłumaczyć.

No i ostatnio umawiałam wizyty do trzech specjalistów i badania laboratoryjne. No ok, dwóch załatwiono bezbłędnie. Badania też. Przyjęto wszelkie moje zachciewajki do wiadomości i uwzględniono przy wizytach. Trzeci specjalista – ów diabetolog dzisiejszy – też by się wydawało, ze załatwiony bardzo dobrze. Coś mi tam mówiono o dwóch terminach. Absolutnie odrzuciłam pierwszy, bo raz, że placówka daleko od domu, dwa nie miałby kto z młodą zostać – pan i władca w pracy. Poprosiłam o drugi termin, co prawda mężul też miał iść do pracy, ale na noc, więc istniała szansa, że wszystko ładnie się dopnie na ostatni guziczek. Miał pojechać ze mną i z młodą. Poczekać na korytarzu, a potem ja do domu z Krasnalem, on do pracy. Dostałam smsa potwierdzającego, że wszystko gra, że lekarz dziś o 17:15. Pomijam, że za każdym razem podają mi inne nazwisko tej samej lekarki, a to Witaf, a to Bijas. Dobrze, że diabetolog tam jest jeden, bo inaczej byłby zonk, o kogo chodzi. Co prawda dziś nie było żadnego telefonu potwierdzającego wizytę. Ale stwierdziłam, że może zwyczajnie potwierdzają tylko pierwsze, a następne już nie. I pojechaliśmy.

O jakieś było moje zdziwienie, jak mówię pani w recepcji, że mam wizytę, a ona, że MIAŁAM – 2 lipca. Szlag mnie trafił na miejscu, bo tego 2 lipca też nikt nie dzwonił z potwierdzeniem. Ale nie będzie ze mnie nikt idiotki robił. Pokazałam jej smsa z Mediki, że MAM wizytę dziś, o 17:15. I stwierdziłam, że nie zamierzam stąd wyjść bez tej wizyty. Łaskawie wydrukowała mi kwitek, że mogę wejść do p. doktor. Kartę przynieśli za chwilę. A pani doktor, jak to pani doktor. Ma czas na pacjenta 15 minut, a trzyma pół godziny. Rafał dostał wiadomość, że musi być wcześniej w pracy. Dochodzi 18:00. A my nadal pod drzwiami. Zamiast w środku. Oczywiście, jak tylko młoda narobiła w pieluchę i miałam ją przebrać, pacjent ze środka wyszedł. Wparowałam do środka. Oczywiście pani doktor, że takiej pacjentki na dziś nie ma. No to stwierdziłam, że już MA. I że wizyta w moim przypadku będzie ekspresowa, bo maż czeka z dzieckiem pod drzwiami, a musi do pracy wyjść o 18-tej. Chyba mój wkurw i determinacja były mocno widoczne, bo kobieta nawet nie pisnęła. Pokazałam wyniki, wszystko jest ok. Da mi spokój nawet prawie na całe 2 miesiące. Wyniki są dobre (tyle to i ja wiem). Pożegnałam się pięknie i jak z procy wylecieliśmy na tramwaje. Wszystko udało się załatwić. Choć nerwy mi napsuli. A jakbym dorwała tego pożal się Boże umawiacza wizyt, to by dyndał. No! Mina lekarki bezcenna. Chyba pierwszy raz pacjent „rządził” u niej w gabinecie. Ale kobietka ogólnie miła.🙂 No, koniec elaboratu.🙂 Dobranoc.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: