Woda, piwnica, ogrzewanie

Coraz więcej powodów do tego, by się stąd zabrać. Albo by komuś po prostu solidnie wygarnąć lub przyłożyć. W końcu przyjdzie mi kupić sobie jakiś worek treningowy, bo inaczej nerwy mnie poniosą i ręce same pójdą w ruch.

Jeśli chodzi o wodę, to po części sami jesteśmy sobie winni. W 2010 roku wymieniali nam rury w mieszkaniu, w zasadzie to w całym bloku. Założono też liczniki. Ale wprost nie powiedziano, że od tego a tego dnia z ryczałtu przechodzimy na rozliczanie licznikami. My, w naszej naiwności, doszliśmy do wniosku, że skoro nie jest to nasze prywatne mieszkanie, a odgórnie zarządzono ten remont, to do mieszkania wpuścimy, niech robią, żeby potem nie było jakichś zgrzytów z administracją i lokatorami, którzy przyszliby mieszkać po nas w tym lokalu. Ale doszliśmy też do wniosku, że skoro to jest wymysł naszej wspólnoty, a my do niej nie należymy, to zostajemy na starych zasadach, czyli rozliczanie ryczałtem. Lepiej! Kiedy poszliśmy zgłosić mnie i młodą do opłat, nawet pytaliśmy, czy nie lepiej by było przejść nam z ryczałtu na liczniki, to nam powiedziano w administracji, ze to nie ma sensu, że ryczałt dla nas korzystniejszy. No to za każdym razem, gdy było spisanie liczników, nie podawaliśmy ich wartości, bo przecież powiedziano nam, że my nadal ryczałtowcy.

W czerwcu tego roku okazało się, że dla świętego spokoju mamy udostępnić liczniki, bo wspólnota chce sobie wyliczyć faktyczny koszt zużycia wody przez jej członków. No to wpuściliśmy, spisali, prosiliśmy tylko sąsiada, by zaznaczył, że to jest pierwsze spisanie liczników od momentu, gdy zostały założone. Wyjechaliśmy do rodziców, zapomnieliśmy o akcji z wodą. Wracamy, a tu czeka na nas pismo, że mamy niedopłatę na wodzie, blisko 3 tysiące złotych. Szlag nas trafił ogromny, bo jedyne, co możemy być im winni, rozliczając się licznikami, to te nadpłaty, które nam zwrócono z dwóch lat. Ale przecież my ciągle żyliśmy w przeświadczeniu, że rozliczamy się ryczałtem. No i się zaczęło.

Akcja z ustalaniem, o co tu do jasnej cholery chodzi, jakie liczniki, jak my na ryczałcie. Okazało się, że nieeeeee… Nie jesteśmy na ryczałcie. Tylko skoro mamy licznik w domu, to mamy się rozliczać licznikiem. A czy ktoś nas o tym poinformował? Wręcz utrzymywali nas w przeświadczeniu, że my mamy rację. Jak już ustaliliśmy, że jednak liczniki, to teraz po wyliczeniach, pytam ich skąd ta niedopłata, bo przecież mi wyszło, że przez te 2 lata, od początku zamontowania liczników tylko nieznaczenie przekroczyliśmy pobierane zaliczki. I co się okazało? Że nasz wspaniały sąsiad nie przekazał, że to jest pierwsze spisanie liczników od 2010 roku. Tylko, że jest to stan od stycznie tego roku. No to rzeczywiście, wytracić w ciągu pół roku ponad 208 m3 wody, to trzeba umieć. Ale że nic im nie dało do myślenia, że jeden chłop tyle wody by nie wytracił? Że praktycznie żeby taka ilość wody zużyć, musiałaby się ona lać całą dobę. Spisałam liczniki raz jeszcze. Po trzech miesiącach od ich spisu i co wyszło? Że raptem zużyliśmy w ciągu 3 miesięcy około 20 m3. To chyba coś nie tak?  Zaczęli sami szukać, no i wyszło, ze sąsiad to świnia, bo zataił fakt, że to pierwszy spis w naszym mieszkaniu. Myślał, że naszym kosztem przyoszczędzi wspólnotowe wydatki na wodę. Ale nikt nie będzie na mnie żerował! I rzeczywiście, to udało się rozwiązać. Wyszło, ze mamy tylko zwrócić nadpłaty z poprzednich lat. A to już nie jest jakaś kwota z kosmosu. Zwrócone i mamy spokój, a teraz pięknie będziemy sobie sami notować, jaki jest stan liczników. Dobrze chociaż, że panie w księgowości były życzliwe i nam wszystko wyjaśniły. Ale do sąsiada mam ogromny żal, że próbował wykorzystać naszą niewiedzę i życzliwość.

A teraz z kolei próbuje zniechęcić mnie do szukania naszej piwnicy. Że on od ręki może nam dać piwnicę w drugiej klatce, że tam stoi wolna. A bo o co chodzi w ogóle. Otóż, nasze mieszkanie piwnicę miało i nagle nie ma. Tzn nie ma jej od dłuższego czasu. A dokładnie jeszcze za życia mamy mojego mężula piwnica była, ale z niej nie korzystali. I ktoś sobie wymyślił, że mama męża nie będzie protestować, kiedy się tą piwnicę od niej przejmie. Rzeczywiście nie protestowała, bo w sumie na początku nic o tym nie wiedziała. A potem machnęła ręką. Tylko teraz my mamy kłopot, bo w blokach, gdzie mieszkania są małe, takie pomieszczenie jak mi piwnica naprawdę się przyda. próbowaliśmy pytać grzecznie, gdzie jest. Zero odpowiedzi, nerwy, lub wysyłanie nas do administracji, byśmy się tam dowiedzieli. Administracja twierdzi, ze to nie ich broszka, że to zarządca decyduje. No to złożyliśmy pismo do zarządcy, a ten, że to nie jego sprawa, bo on nie przydziela piwnic. A jeśli chodzi o zwrot piwnicy, która należała do naszego mieszkania, to tym bardziej nie ich broszka, sami mamy sobie ją odnaleźć. No wiec dobrze, odnajdziemy. Mam już na nich takie nerwy, że zrobię wszystko, żeby im życie umilić. No i teraz dowiadujemy się, że możemy dostać piwnicę w drugiej klatce, należącą do jakiegoś innego mieszkania. No i ja bardzo dziękuję, ale mogą sobie tę piwnicę wsadzić w dupę. Bo, po pierwsze i najważniejsze, ta piwnica należy do innego mieszkania, co mnie to obchodzi, że w tej chwili nie zamieszkałego? Ale ktoś kiedyś zamieszka w tym mieszkaniu i będzie chciał mieć dostęp do własnej piwnicy i co? I będzie miał prawo mnie stamtąd usunąć. I nawet nie będę mu się dziwić. A po drugie, mieszkam w klatce trzeciej i mam małe dziecko i nie będę się szwendać po całym bloku, żeby sobie ziemniaki, czy słoiki przynieść. A po trzecie, skoro mieszkanie miało piwnicę i mąż za nią dłuuuugo płacił, bo chyba dopiero od 2 czy 3 lat nie płaci, to poproszę do niej klucze i guzik mnie obchodzi, że ktoś ją sobie kiedyś zagrabił (nawiasem pisząc dobry kolega naszego sąsiada), bo mu metraż własnej piwnicy nie odpowiadał. I guzik mnie obchodzi, że ten ktoś już tu nie mieszka, że sprzedał mieszkanie jakiejś tam pani z parteru. Piwnicę mają zwrócić i tyle. I tak, uparłam się. Wrednie, po chamsku, żeby innym uprzykrzyć życie, bo dość mam uprzykrzania go nam. Walka trwa.

A teraz jeszcze ogrzewanie. W październiku za remont się brać, to trzeba być zdrowo rąbniętym. Obecnie kaloryfery w moim mieszkaniu są zimne, jak tyłek umarlaka. Choć obawiam się, że ów tyłek byłby znacznie cieplejszy. A co mają zrobić rodziny z małymi dziećmi? Pewnie sobie farelki kupić. Pytanie tylko, kto zapłaci za zużyty prąd. A pytanie numer dwa, za co do jasnej cholery, płacę w czynszu? Ponoć za ciepło z centralnego ogrzewania, tylko dziwnym trafem sezon grzewczy w pełni, a ja w domu mam zimno. Tak, zrobię w końcu komuś krzywdę, bo mam już po dziurki w nosie słuchać durnych wywodów. A dziś przyjdzie mi poczekać do 16, może łaskawie zjawi się pan hydraulik i zajmie się tym, co spierdolił. Nie mam już cierpliwości i sił do dziadów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: